Przejdź do głównej treści
Sandra Bielewicz LINORYT♦WARSZTATY♦PRZYRODA
LINOROŚL
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj
Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły

Z Turynu do Poznania

Z Turynu do Poznania

Zajawka:
Czasem życie wysyła nam znaki, których nie da się zignorować. Mogą to być drobne przypadki, dziwne zbiegi okoliczności albo… ogromna paczka z Turynu. Ta historia jest o tym, jak pasja, upór i trochę szczęścia poprowadziły mnie do miejsca, w którym czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.

Znaki, których nie da się zignorować

Znacie to dziwne uczucie, które pcha Was w konkretnym kierunku? Ten dyskomfort, gdy schodzisz z wyznaczonej ścieżki i jednocześnie ogromna ulga, gdy wracasz na właściwy tor? Ja je znam. I to bardzo dobrze.

 

Od dziecka kochałam tworzyć. Rysować, malować, wymyślać rzeczy, które wcześniej istniały tylko w mojej głowie. Przez długi czas traktowałam to jednak jak pasję obok „prawdziwej pracy”. Może wszystko zmieniło się, kiedy trafiłam na pierwszy plener z rysunku i malarstwa? Ten moment dosłownie teleportował mnie z biol-chemu na Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu.

Studia – czas odkryć i wyzwań

Studia artystyczne były jak otwarcie drzwi do nowego świata. Poczułam, że jestem we właściwym miejscu i czasie. Były oczywiście wzloty i upadki, ale bilans wychodził na plus.
Jednak sześć lat minęło szybciej, niż się spodziewałam. Nagle dotarło do mnie, że czas studenckiej beztroski i artystycznej bohemy się kończy. Zaczyna się „prawdziwe życie”.

Etat i pierwsza blokada twórcza

Po dyplomie zaczęłam pracę na etacie. To był początek pandemii – czas dziwny, pełen niepewności.
Kilka miesięcy po obronie czułam wręcz ulgę, że nie muszę tworzyć na zawołanie dla oceny. Zrobiłam sobie przerwę od grafiki i innych technik. Może to było wypalenie, może po prostu artystyczna blokada – w każdym razie nic nadzwyczajnego.

Ale po pewnym czasie, kiedy pandemia trwała w najlepsze, ta potrzeba tworzenia wróciła. I to z impetem. Najbardziej ciągnęło mnie do linorytu.

Poszukiwania materiałów – jak zdobyłam farbowe eldorado

Na początku korzystałam z zapasów ze studiów – kawałków linoleum, resztek farb, starych dłut. Ale materiały szybko się skończyły. Wpisałam w wyszukiwarkę „linoleum do linorytu” i „farba do linorytu” – wyskoczyły reklamy drogich, nie zawsze dobrych produktów.

Znałam jakość, której szukałam, ale nie wiedziałam, skąd brać te same materiały, co na uczelni. Hurtownia, z której kupowaliśmy linoleum, wycofała sprzedaż detaliczną, a farba była owiana tajemnicą – „jest, była i już”.

Nie poddałam się.
Dzięki pytaniom w grupach na Facebooku i rozmowom z innymi artystami znalazłam świetne źródło linoleum. Potem przyszła kolej na farby offsetowe. I tu czekała mnie niespodzianka – hurtownia niedaleko mnie miała… cały magazyn resztek produkcyjnych w puszkach po 500 ml.

Dla nich były to „mini ilości”, dla mnie – skarb.
Wróciłam do domu z trzema paletami farb! Część rozdzieliłam między znajomych artystów i moją uczelnię. Przez kolejne lata nie musiałam martwić się o farby.

Prasa z Turynu

Czy byłam wtedy gotowa na własną pracownię? Nie.
Linoryt wymaga sporej ilości narzędzi i sprzętu, a prawdziwa prasa drukarska to wydatek i wyzwanie. Przez jakiś czas radziłam sobie chałupniczo – łyżeczką, maglem do prasowania. Ale w końcu chciałam lepszych efektów.

Nowa prasa była poza moim zasięgiem finansowym, a używane trafiały się rzadko. I wtedy pojawiła się wiadomość o paczce z Turynu.

Okazało się, że pewna artystka z Włoch – Lucciana, związana daleką więzią rodzinną – posiada prasę moich marzeń. Nie chciała jej sprzedać, ale zależało jej, by została w rodzinie i trafiła do kogoś, kto o nią zadba.
Tak trafiła do mnie.

 

Wnioski – kiedy iść z nurtem

Te wszystkie wydarzenia – farby z hurtowni, prasa z Włoch – pokazały mi jedno: jeśli masz coś robić, to i tak będziesz to robić.
Czasem trzeba tylko otworzyć się na znaki i pozwolić, by życie popchnęło Cię w dobrym kierunku.

Dziś czuję, że jestem we właściwym miejscu. I że los naprawdę mi sprzyja. 😊